Monitor Akademicki

Uderzająca manipulacja pojęciami „autonomii wyższych uczelni” oraz „wolności akademickiej”, której dokonuje minister Przemysław Czarnek w swoich wystąpieniach publicznych oraz w projekcie ustawy o zmianie ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, nazwanym Pakietem wolności akademickiej (nasz komentarz rzeczowy można znaleźć tutaj), zasługuje na dokładniejszą analizę (por. także ostatnie stanowisko KRASP z 11.01.2021). Celem ministerialnych działań jest wprowadzenie na polskich uczelniach „autonomii sterowanej”, niewiele mającej wspólnego z gwarancjami zapisanymi w Konstytucji RP i ustawie Prawo o szkolnictwie wyższym (zob. nasz komentarz), a pod pretekstem ochrony wolności wypowiedzi narzucenie w sprawach określanych bardzo ogólnikowo jako „światopoglądowe” bezpośredniego nadzoru ministra. Przy czym plany te sformułowano w taki sposób, że prawie każda wyobrażalna sytuacja konfliktowa na uczelni może zostać uznana za sprawę światopoglądową. Ostatecznie więc projekt ministerialny można podsumować słynnym cytatem z sali sejmowej sprzed roku: „Trzeba anulować, bo my przegramy. Za dużo osób po prostu jest”. Otóż myśląc, że na polskich uczelniach przeważają obecnie nastroje i poglądy niesprzyjające ideologii i polityce partii rządzącej, minister próbuje zmienić reguły gry określone prawem i dobrym akademickim zwyczajem, odbierając przy tym słowom ich właściwe znaczenie.

Nauka i światopogląd

Kluczowe są tu pojęcia „wolności akademickiej” oraz „autonomii wyższych uczelni”. Stanowisko ministra najlepiej streszcza fraza powtarzana przezeń wielokrotnie w ciągu kilku ostatnich tygodni: „[t]o nie jest autonomia rektora, a autonomia profesorów. To im trzeba zapewnić wolność badań naukowych i wolność debaty” (cytat za wywiadem dla dziennika Rzeczpospolita z dn. 14.12.2020; wraz z naszym komentarzem). Z kolei propozycje tzw. Pakietu wolności akademickiej z 9.12.2020 zwalniają z odpowiedzialności dyscyplinarnej za „wyrażanie przekonań religijnych, światopoglądowych lub filozoficznych” (art. 1.2), a także czynią specjalną komisję przy ministrze organem właściwym dla rozstrzygania spraw dyscyplinarnych poszczególnych uczelni wyższych na każdym etapie postępowania (art. 1.4). W tym samym duchu nakładają one na rektorów obowiązek zapewnienia „w uczelni poszanowania wolności nauczania, wolności słowa, badań naukowych, ogłaszania ich wyników, a także debaty akademickiej organizowanej przez członków wspólnoty uczelni z zachowaniem zasad pluralizmu światopoglądowego i przepisów porządkowych uczelni” (art. 1.1).

Ten ostatni przepis na pierwszy rzut oka wygląda wprawdzie niewinnie, ale zestawiony z pozostałymi propozycjami „Pakietu” oraz wypowiedziami ministra brzmi już niepokojąco. Obowiązek zapewnienia poszanowania „[wolności] debaty akademickiej organizowanej przez członków wspólnoty uczelni z zachowaniem zasad pluralizmu światopoglądowego” w oczywisty sposób łączy się z pomysłem wyodrębnienia działalności polegającej na „wyrażaniu przekonań religijnych, światopoglądowych lub filozoficznych” i zastosowania wobec niej specjalnych, nowych reguł. W tej właśnie sferze ulegają zawieszeniu kompetencje pochodzących z wyboru organów uczelni oraz ciał przedstawicielskich środowiska akademickiego. Słowem, w sprawach tych uchylone zostają zasady działania autonomii wyższych uczelni, a „wolność” wypowiedzi w tej sferze staje się przedmiotem decyzji komisji dyscyplinarnej przy ministrze (której zasady powoływania nie zostały określone, co samo w sobie budzić musi najwyższy niepokój) oraz samego ministra. Obok regulowanych przepisami Konstytucji RP oraz Ustawy „wolności nauczania”, „wolności słowa”, „wolności badań naukowych” oraz „wolności ogłaszania ich wyników” powstanie nowy rodzaj „wolności”, „wolność światopoglądowa, religijna i filozoficzna”, której gwarantem i arbitrem będzie minister.

Wskażmy jeszcze jedną manipulację. Minister P. Czarnek raz po raz przeciwstawia „autonomii rektora” wyższej uczelni „autonomię profesorów”. Czy kryje się za tym sugestia, że to rektorzy (wszyscy? a może tylko niektórzy z nich?) stanowią potencjalne zagrożenie dla „wolności badań naukowych i wolności debaty” na uczelniach? I że to minister (na podstawie jakich kompetencji?) musi stanąć w obronie owej „wolności” i „autonomii”? Albo że nie-profesorowie zatrudnieni na uczelniach nie powinni mieć prawa do tak rozumianej „autonomii”? Minister jest oczywiście świadom, że „autonomia rektora” to tyle, co autonomia pochodzącego z wyboru najwyższego organu uczelni wyższej oraz reprezentanta lub reprezentantki środowiska akademickiego danej uczelni. Inaczej rzecz ujmując, minister chce przekazać „autonomię akademicką” poszczególnym profesorom – przy czym to on i jego komisja będą dla takich jednostek gwarantem ich praw i arbitrem w mogących się pojawić sporach – odbierając ją tym samym środowisku akademickiemu jako takiemu. Wspieranie i promowanie „swoich”, a także ich bezkarność w każdej potencjalnie konfliktowej sytuacji na uczelniach wydaje się naturalną konsekwencją, jeżeli nie intencją, wprowadzenia w życie ministerialnych projektów.

Czyja autonomia? 

Na możliwe praktyczne konsekwencje planów ministra dla życia akademickiego w Polsce zwrócili uwagę koledzy i koleżanki z krakowskiej inicjatywy „Wolna Nauka”. Uczelnie stałyby się swoistym „Hyde Parkiem”, w którym wszyscy (a może tylko profesorowie? por. wyżej) pod pretekstem wyrażania swoich poglądów, także tych niezwiązanych z potwierdzoną akademickimi dyplomami specjalnością naukową albo niezgodnych z aktualnym stanem wiedzy naukowej, mogliby głosić dowolne przekonania, w tym przekonania jawnie nienaukowe, a także np. ksenofobiczne czy homofobiczne – pozostając pod ochroną ministra, przy pełnym wyłączeniu odpowiedzialności na drodze procedur uczelnianych. Problem jest jednak jeszcze poważniejszy i dotyka istoty współczesnego uniwersytetu. Ta specyficzna koncepcja „poszanowania wolności nauczania” zakłada odrzucenie fundamentalnego rozróżnienia pomiędzy wykładanymi na uczelniach treściami naukowymi a opiniami wynikającymi z przekonań światopoglądowych czy religijnych. Zrównanie ich w akademickiej praktyce dydaktycznej podważa samą koncepcję krytycznej i racjonalnej wiedzy naukowej, ideę nowożytnego uniwersytetu. Poza skonstatowaniem nieuniknionego chaosu i konfliktów personalnych z tego wszystkiego wynikających, a także możliwości stałej interwencji ministra w sprawy akademii, warto dodać, że w Polsce i na świecie głoszenie poglądów nienaukowych w murach uczelni i niekiedy pod ich patronatem staje się coraz większym problemem. Problemem tak istotnym, że poważne instytucje naukowe czują się w obowiązku w takich sprawach wypowiadać, jak ostatnio Rada Upowszechniania Nauki przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk (por. nasze Kalendarium, wraz z komentarzem).

Trzeba też jasno powiedzieć, jakie w praktyce byłyby skutki wprowadzenia proponowanych przez ministra przepisów dla studentów i studentek polskich wyższych uczelni. Otóż mogliby być oni w majestacie prawa poddawani zarówno ideologicznej jak i pseudonaukowej indoktrynacji – przy całkowitym pozbawieniu władz uczelni możliwości reagowania na takie sytuacje. Na jasną polityczną intencję takich regulacji wskazuje przykład niedawnych, głośnych zdarzeń na Uniwersytecie Śląskim (por. nasze Kalendarium), wielokrotnie przywoływany przez ministra i jego partyjnych kolegów dla zilustrowania rzekomej konieczności zmian w uniwersyteckich procedurach dyscyplinarnych.

Zwróćmy także uwagę na dodatkowe implikacje takich rozwiązań. Kiedy wiele lat temu rozpoczynały się prace nad zmianą ustawy o szkolnictwie wyższym i nauce, jednym z ich założeń było przeciwdziałanie nadmiernej hierarchiczności uczelni wyższych, uproszczenie zbyt długich ścieżek akademickich karier, słowem, uelastycznienie i – po części – odmłodzenie polskiej akademii. Ten sam postulat pojawia się również w przekazanym do konsultacji środowiskowych w grudniu 2020 projekcie dokumentu pt. Polityka naukowa państwa (pkt 5.1: „Priorytet I”), przygotowanym przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Nie ulega tymczasem wątpliwości, że skutki kolejnych zmian ustawowych były w wielu obszarach dokładnie odwrotne. Wystarczy tu wspomnieć likwidację de facto grupy tzw. „samodzielnych pracowników nauki” (badaczy i badaczek po habilitacji) i podzielenie jej, m.in. w różnych procedurach wyborczych na uczelniach, na dwie odrębne kategorie: profesorską i doktorów habilitowanych. To tylko jeden z możliwych przykładów szybko postępującej hierarchizacji uczelni wyższych. Otóż obecne ministerialne propozycje nowelizacji ustawy idą jeszcze dalej w tym właśnie kierunku, niejako „domykając” ten system poprzez wyjęcie spod działania niektórych procedur życia akademickiego grupy profesorskiej. Ta ostateczna, radykalna hierarchizacja polskiej akademii to nie tylko pomysł szkodliwy i potencjalnie konfliktogenny, ale jawnie sprzeczny z tendencjami rozwoju szkolnictwa wyższego i nowoczesnej nauki na świecie.

W jeszcze jednym wymiarze projekty i wypowiedzi ministra P. Czarnka wpisują się w negatywne zjawiska wpływające coraz silniej na polskie życie akademickie. Warto tu przypomnieć sprawę blokowania przez Prezydenta RP nominacji profesorskich, w tym nominacji dr hab. prof. ucz. Michała Bilewicza z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Uzurpowanie sobie prawa do merytorycznej oceny przewodu profesorskiego przez głowę państwa, a więc do zakwestionowania gwarantowanych prawem kompetencji w tym zakresie odpowiednich instytucji akademickich, to wyraźny precedens dla obecnych planów ministra w sprawach dyscyplinarnych i ogólniej „światopoglądowych”.

Wolność akademicka i polityka partyjna 

Głęboko polityczny charakter ministerialnych propozycji nowelizacji Ustawy sprawia, że w naszym komentarzu nie możemy uciec od politycznego wymiaru tej sprawy. Analogie ze sposobem ingerencji partii rządzącej w działania niezawisłych organów sądowniczych oraz prokuratury narzucają się same. Po raz kolejny konstytucyjne i ustawowe gwarancje autonomii i wolności stają się przedmiotem politycznego ataku, kolejny raz pod pretekstem promowania „prawdziwej” („prawdziwszej”?) wolności i autonomii, rozumianych tak, jak chce tego partia rządząca. Możemy też spodziewać się zastosowania podobnych mechanizmów politycznych promowania takich rozwiązań, podobnych narzędzi propagandowego nacisku, tym razem na środowisko akademickie. Nietrudno przewidzieć, że pojawią się wkrótce zarzuty (w istocie już sugerowane w niektórych wypowiedziach ministra), że tylko ci, którzy mają coś na sumieniu, mogą obawiać się rozwiązań prawdziwie „wolnościowych”, że broniąc się przed ministerialnymi projektami członkowie i członkinie środowisk akademickich żądają dla siebie specjalnych praw, nieprzysługujących innym obywatelom, a tym samym uzurpują sobie nienależne im i niesprawiedliwe uprawnienia.

Spuszczając zasłonę milczenia na populistyczny i antyinteligencki charakter takich oskarżeń warto do skutku powtarzać, że środowiska akademickie nie żądają dla siebie niczego, czego nie gwarantowałaby im Konstytucja RP i wywiedzione z niej przepisy ustawowe. A przede wszystkim, że wyodrębnienie specjalnie funkcjonującego obszaru wolności nauki i autonomii akademickiej jest koniecznością, niezbywalną potrzebą każdego społeczeństwa i każdego państwa pragnącego trwać i się rozwijać na solidnych podstawach. I że obszar ten nie może służyć promowaniu swojej ideologii i politycznych planów przez każdorazowo rządzącą formację. Nie traćmy nadziei, że od ponad trzydziestu lat Polska ma już takie doświadczenia za sobą. I zmobilizujmy się wszyscy, żeby się one nie powtórzyły.

(Visited 1 407 times, 1 visits today)
Close